wtorek, 7 lipca 2015

rozdział pierwszy

Czym jest życie? Zlepkiem przypadkowych spotkań, poznanych osób, ważnych chwil? Szczęściem, którym można dzielić się z innymi? Najcenniejszym darem od Boga? Masz rację, bo zapewne to jest życie, ale nie dla wszystkich jest ono tak kolorowe i usłane różami. Nie wszyscy mieli to szczęście urodzić się w bogatym domu, gdzie problemy nie istniały. Nie wszyscy mogli czuć się akceptowani przez bliskich. Nie wszyscy chcieli żyć… Ale wspólnym mianownikiem tych wszystkich ludzi, dla których życie było horrorem, jest śmierć, bo oni znaleźli w sobie odwagę, by zakończyć ziemskie katusze, ale czy zrobili słusznie nie stawiając czoła własnym problemom i słabościom? Tego nie wiem, ale wiem jedno – niektórzy ludzie, wbrew własnej woli i dzięki przypadkowemu spotkaniu, przypadkowej osobie, przypadkowej chwili dostali od życia coś, czego dla innych zwyczajnie zabrakło – drugą szansę.

Lato w Berlinie chyliło się ku końcowi. Temperatura mocno zelżała, a miasto od kilku dni pogrążone było w deszczu. Rzęsiste krople odbijały się od okien w samochodach i mieszkaniach, jednych denerwując, a innym przynosząc błogie ukojenie. Anette Meier, choć zazwyczaj uwielbiała poświęcać czas na wsłuchiwanie się w miarowe uderzanie kropel deszczu o szklaną powierzchnię, teraz żałowała, że nie zamknęła wieczorem okna. Brutalnie wyrwana ze snu otworzyła ociężałe powieki, ale ból głowy, jakiego doświadczyła przy podnoszeniu się z łóżka, skutecznie sparaliżował jej ruchy. Przez długie sekundy leżała nieruchomo, a kiedy nieprzyjemne uczucie minęło, usiadła na niewygodnym posłaniu, doznając niemałego szoku.

Obudziła się w szpitalu.

Rozbieganym wzrokiem przesuwała po sali, próbując sobie przypomnieć w jakich okolicznościach się tutaj znalazła, ale w jej głowie była tylko przerażająca pustka, jakby ktoś usunął wszystkie myśli i wspomnienia. Intensywne próby zmuszenia się do otworzenia zeszłej nocy skończyły się fiaskiem, a drobna blondynka, której ciało dygotało spazmatycznie, z każdą minutą czuła się coraz gorzej. Od nagłego skoku ciśnienia nie mogła złapać oddechu, a krew w jej żyłach wrzała niebezpiecznie. Do tego ta cholerna szpitalna aparatura, do której była podłączona, a która swoim miarowym i głośnym pikaniem działała jej na nerwy! Przymknęła powieki, by choć minimalnie ochłonąć, a kiedy poczuła, jak całe ciśnienie ulatuje z niej wraz z potokiem łez, odetchnęła pełną piersią, napełniając płuca charakterystycznym szpitalnym powietrzem.

Nagle wszystko stało się jasne.

Kolejny raz poniosła porażkę. Kolejny raz nie wystarczyło jej odwagi, by zrobić to ot tak, bez żadnego przygotowania, bez zbędnych ceregieli. Nie pamiętała jednak niczego konkretnego. Żadnych dźwięków ani twarzy, a ktoś przecież musiał ją uratować, tylko po co? Dlaczego ktoś zainteresował się jej losem? Dlaczego nie postąpił tak, jak reszta jej rodziny, która w kryzysowym momencie jej życia zawiodła? Była bezsilna wobec swoich emocji. Kolejna fala gorących łez zaczęła staczać się po jej chudej i zaniedbanej twarzy, by ostatecznie zakończyć swój żywot w materiale szpitalnej piżamy. Zgarbiona wciąż siedziała na pryczy, wpatrując się w odsłonięte uda, pokryte podłużnymi bliznami. Przejechała opuszkiem po chropowatej powierzchni, delektując się pulsującym pieczeniem jeszcze nie zregenerowanej skóry. Znikąd w jej głowie pojawiła się myśl, by może spróbować raz jeszcze, tym razem bez mostów, skoków i innych udziwnień. Poczuła nagłą i palącą chęć sięgnięcia po coś ostrego, ale jak na złość niczego nie mogła znaleźć. Dopiero po chwili dostrzegła niewielki metalowy stolik na przeciwległej ścianie, a na nim talerz z kilkoma kromkami chleba, masłem i jakąś zzieleniałą wędliną, ale to nie było ważne. Na nogach z waty podeszła do stolika i kucnęła przed nim, przyglądając się nożowi, srebrnemu i zapewne ostremu nożowi. Wykrzywiła usta w półuśmiechu i chwyciła sztuciec w dłonie, oglądając go z każdej strony. Jej oczy lśniły żywym blaskiem, jakby ktoś właśnie podarował jej najpiękniejszą, najdroższą i najbardziej pożądaną zabawkę świata, ale czar prysł tak szybko, jak szybko wzrosła w niej ekscytacja. Przejechała opuszkiem po ostrzu… I nic. Kolejny raz i znowu nic. Jęknęła zrezygnowana i cisnęła bezużytecznym przedmiotem o ścianę, upadając na kolana. Syknęła z bólu, bo kontakt z zimną i twardą posadzką nie należał do najprzyjemniejszych. Jeszcze chwilę motała się w agonii niezadowolenia, którą przerwało skrzypnięcie drzwi. Poderwała wzrok do góry, a do niewielkiej sali weszła średniego wzrostu siwiejąca lekarka. Jej biały kitel niemal zlewał się z jasną poszarzałą cerą i niezadbanymi włosami.

- Widzę, że już się pani obudziła. To bardzo dobrze. – Starszawa kobieta spojrzała na Anette badawczym wzrokiem, dostrzegając na jej policzkach ślady zaschniętych łez. Zanotowała coś w swoim kajecie i uśmiechnęła się zachęcająco, podając jej pomarszczoną dłoń w geście pomocy. – Nazywam się Christina Schwarz, jestem psychologiem i chciałabym z panią porozmawiać.

*

Przemierzała wolnym krokiem szpitalny oddział, trzymając w dłoniach kubek z niedopitą herbatą, a raczej czymś, co herbatę miało imitować. Burczało jej w brzuchu, a do obiadu zostało jeszcze kilkadziesiąt minut, co wywnioskowała po smakowitym zapachu unoszącym się na korytarzu. Od wczoraj niczego nie miała w ustach i wizja czegoś ciepłego napawała ją optymizmem. W ciszy mijała kolejne sale wypełnione pacjentami i naprawdę bardzo, ale to bardzo chciała już stąd wyjść, by zaszyć się w kącie swojego pokoju. Nie lubiła szpitali, nie po tym wszystkim, z czym kojarzyła to miejsce. Przemiła psycholog, z którą rozmawiała o nieudanej próbie samobójczej powiedziała jej, że jeszcze najbliższe dwa dni przyjdzie jej spędzić na sali numer dziesięć, czego nie przyjęła zbyt dobrze. Christina Schwarz napomknęła również o wysokim mężczyźnie, który przywiózł ją tutaj zeszłej nocy, kompletnie nieprzytomną, a który przedstawił się pielęgniarce dyżurującej jako kuzyn Peter.

Od jednej z pielęgniarek dowiedziała się, że owy Peter jeszcze godzinę temu siedział w niewielkim bufecie i to właśnie tam postanowiła się udać. Musiała go poznać, chociaż nie wiedziała, co powinna powiedzieć i jak zachowywać się w jego towarzystwie. Nie wiedziała też, czy powinna być mu wdzięczna, że uratował jej życie, czy wręcz przeciwnie. Tak naprawdę niczego nie wiedziała i całą drogę do bufetu zastanawiała się, jak wytłumaczy się rodzicielce, której przecież zostawiła pożegnalny list. Na samą myśl o konfrontacji z matką robiło jej się słabo. Anna Meier należała do grona kobiet chorowitych i słabych, a stres był pierwszą pozycją na liście rzeczy, których powinna unikać. Oczami wyobraźni widziała załamaną i nieco zgarbioną Annę i cholernie bała się momentu swojego powrotu do domu. Westchnęła głośno, będąc gdzieś w połowie drogi do wspomnianego bufetu. Przystała na moment w ciemnym zaułku korytarza i oparła czoło o chłodną powierzchnię emaliowanej ściany, a błoga ulga rozeszła się po jej ciele natychmiastowo. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz