Czym jest życie? Zlepkiem przypadkowych
spotkań, poznanych osób, ważnych chwil? Szczęściem, którym można dzielić się z
innymi? Najcenniejszym darem od Boga? Masz rację, bo zapewne to jest życie, ale
nie dla wszystkich jest ono tak kolorowe i usłane różami. Nie wszyscy mieli to
szczęście urodzić się w bogatym domu, gdzie problemy nie istniały. Nie wszyscy
mogli czuć się akceptowani przez bliskich. Nie wszyscy chcieli żyć… Ale
wspólnym mianownikiem tych wszystkich ludzi, dla których życie było horrorem,
jest śmierć, bo oni znaleźli w sobie odwagę, by zakończyć ziemskie katusze, ale
czy zrobili słusznie nie stawiając czoła własnym problemom i słabościom? Tego
nie wiem, ale wiem jedno – niektórzy ludzie, wbrew własnej woli i dzięki
przypadkowemu spotkaniu, przypadkowej osobie, przypadkowej chwili dostali od
życia coś, czego dla innych zwyczajnie zabrakło – drugą szansę.
Lato w Berlinie
chyliło się ku końcowi. Temperatura mocno zelżała, a miasto od kilku dni
pogrążone było w deszczu. Rzęsiste krople odbijały się od okien w samochodach i
mieszkaniach, jednych denerwując, a innym przynosząc błogie ukojenie. Anette Meier,
choć zazwyczaj uwielbiała poświęcać czas na wsłuchiwanie się w miarowe
uderzanie kropel deszczu o szklaną powierzchnię, teraz żałowała, że nie
zamknęła wieczorem okna. Brutalnie wyrwana ze snu otworzyła ociężałe powieki,
ale ból głowy, jakiego doświadczyła przy podnoszeniu się z łóżka, skutecznie
sparaliżował jej ruchy. Przez długie sekundy leżała nieruchomo, a kiedy
nieprzyjemne uczucie minęło, usiadła na niewygodnym posłaniu, doznając
niemałego szoku.
Obudziła się w
szpitalu.
Rozbieganym
wzrokiem przesuwała po sali, próbując sobie przypomnieć w jakich
okolicznościach się tutaj znalazła, ale w jej głowie była tylko przerażająca
pustka, jakby ktoś usunął wszystkie myśli i wspomnienia. Intensywne próby
zmuszenia się do otworzenia zeszłej nocy skończyły się fiaskiem, a drobna
blondynka, której ciało dygotało spazmatycznie, z każdą minutą czuła się coraz
gorzej. Od nagłego skoku ciśnienia nie mogła złapać oddechu, a krew w jej
żyłach wrzała niebezpiecznie. Do tego ta cholerna szpitalna aparatura, do
której była podłączona, a która swoim miarowym i głośnym pikaniem działała jej
na nerwy! Przymknęła powieki, by choć minimalnie ochłonąć, a kiedy poczuła, jak
całe ciśnienie ulatuje z niej wraz z potokiem łez, odetchnęła pełną piersią,
napełniając płuca charakterystycznym szpitalnym powietrzem.
Nagle wszystko
stało się jasne.
Kolejny raz
poniosła porażkę. Kolejny raz nie wystarczyło jej odwagi, by zrobić to ot tak,
bez żadnego przygotowania, bez zbędnych ceregieli. Nie pamiętała jednak niczego
konkretnego. Żadnych dźwięków ani twarzy, a ktoś przecież musiał ją uratować,
tylko po co? Dlaczego ktoś zainteresował się jej losem? Dlaczego nie postąpił
tak, jak reszta jej rodziny, która w kryzysowym momencie jej życia zawiodła? Była
bezsilna wobec swoich emocji. Kolejna fala gorących łez zaczęła staczać się po
jej chudej i zaniedbanej twarzy, by ostatecznie zakończyć swój żywot w
materiale szpitalnej piżamy. Zgarbiona wciąż siedziała na pryczy, wpatrując się
w odsłonięte uda, pokryte podłużnymi bliznami. Przejechała opuszkiem po
chropowatej powierzchni, delektując się pulsującym pieczeniem jeszcze nie zregenerowanej
skóry. Znikąd w jej głowie pojawiła się myśl, by może spróbować raz jeszcze,
tym razem bez mostów, skoków i innych udziwnień. Poczuła nagłą i palącą chęć
sięgnięcia po coś ostrego, ale jak na złość niczego nie mogła znaleźć. Dopiero
po chwili dostrzegła niewielki metalowy stolik na przeciwległej ścianie, a na
nim talerz z kilkoma kromkami chleba, masłem i jakąś zzieleniałą wędliną, ale
to nie było ważne. Na nogach z waty podeszła do stolika i kucnęła przed nim,
przyglądając się nożowi, srebrnemu i zapewne ostremu nożowi. Wykrzywiła usta w
półuśmiechu i chwyciła sztuciec w dłonie, oglądając go z każdej strony. Jej
oczy lśniły żywym blaskiem, jakby ktoś właśnie podarował jej najpiękniejszą,
najdroższą i najbardziej pożądaną zabawkę świata, ale czar prysł tak szybko,
jak szybko wzrosła w niej ekscytacja. Przejechała opuszkiem po ostrzu… I nic.
Kolejny raz i znowu nic. Jęknęła zrezygnowana i cisnęła bezużytecznym
przedmiotem o ścianę, upadając na kolana. Syknęła z bólu, bo kontakt z zimną i
twardą posadzką nie należał do najprzyjemniejszych. Jeszcze chwilę motała się w
agonii niezadowolenia, którą przerwało skrzypnięcie drzwi. Poderwała wzrok do
góry, a do niewielkiej sali weszła średniego wzrostu siwiejąca lekarka. Jej
biały kitel niemal zlewał się z jasną poszarzałą cerą i niezadbanymi włosami.
- Widzę, że już
się pani obudziła. To bardzo dobrze. – Starszawa kobieta spojrzała na Anette
badawczym wzrokiem, dostrzegając na jej policzkach ślady zaschniętych łez.
Zanotowała coś w swoim kajecie i uśmiechnęła się zachęcająco, podając jej pomarszczoną
dłoń w geście pomocy. – Nazywam się Christina Schwarz, jestem psychologiem i
chciałabym z panią porozmawiać.
*
Przemierzała
wolnym krokiem szpitalny oddział, trzymając w dłoniach kubek z niedopitą herbatą,
a raczej czymś, co herbatę miało imitować. Burczało jej w brzuchu, a do obiadu
zostało jeszcze kilkadziesiąt minut, co wywnioskowała po smakowitym zapachu
unoszącym się na korytarzu. Od wczoraj niczego nie miała w ustach i wizja
czegoś ciepłego napawała ją optymizmem. W ciszy mijała kolejne sale wypełnione
pacjentami i naprawdę bardzo, ale to bardzo chciała już stąd wyjść, by zaszyć
się w kącie swojego pokoju. Nie lubiła szpitali, nie po tym wszystkim, z czym
kojarzyła to miejsce. Przemiła psycholog, z którą rozmawiała o nieudanej próbie
samobójczej powiedziała jej, że jeszcze najbliższe dwa dni przyjdzie jej
spędzić na sali numer dziesięć, czego nie przyjęła zbyt dobrze. Christina
Schwarz napomknęła również o wysokim mężczyźnie, który przywiózł ją tutaj zeszłej
nocy, kompletnie nieprzytomną, a który przedstawił się pielęgniarce dyżurującej
jako kuzyn Peter.
Od jednej z
pielęgniarek dowiedziała się, że owy Peter jeszcze godzinę temu siedział w
niewielkim bufecie i to właśnie tam postanowiła się udać. Musiała go poznać,
chociaż nie wiedziała, co powinna powiedzieć i jak zachowywać się w jego
towarzystwie. Nie wiedziała też, czy powinna być mu wdzięczna, że uratował jej
życie, czy wręcz przeciwnie. Tak naprawdę niczego nie wiedziała i całą drogę do
bufetu zastanawiała się, jak wytłumaczy się rodzicielce, której przecież
zostawiła pożegnalny list. Na samą myśl o konfrontacji z matką robiło jej się
słabo. Anna Meier należała do grona kobiet chorowitych i słabych, a stres był
pierwszą pozycją na liście rzeczy, których powinna unikać. Oczami wyobraźni
widziała załamaną i nieco zgarbioną Annę i cholernie bała się momentu swojego powrotu
do domu. Westchnęła głośno, będąc gdzieś w połowie drogi do wspomnianego
bufetu. Przystała na moment w ciemnym zaułku korytarza i oparła czoło o chłodną
powierzchnię emaliowanej ściany, a błoga ulga rozeszła się po jej ciele
natychmiastowo.